środa, 1 kwietnia 2015

Króliki, firanki i szybki efekt

Maszynę wyciągałam do tej pory sporadycznie, głównie po to żeby podszyć spodnie. Nigdy szyć się nie uczyłam, doświadczenia wielkiego nie mam.
Owszem uszyłam w szkole podstawowej poszewkę na ZPT, a całkiem niedawno zwęziłam sobie nogawki spodni.
Po tych, jakże spektakularnych, osiągnięciach nabrałam błędnego przekonania, że szycie to w sumie nic trudnego...

Siedząc z zaospionym synem w domu wpadłam na pomysł, że ręce trzeba zająć (żeby krost nie drapały) i może coś uszyjemy.
Padło na króliki. 
I oto, po próbach, czytaniu instrukcji maszyny, przewertowaniu dziesiątek stron, poświęceniu prześcieradła na próby, są:






Króliki jak widać doczekały się nawet profesjonalnej sesji zdjęciowej u mojego ulubionego fotografa.

Szycie z tym natychmiastowym skutkiem (w porównaniu do dziergania czy wyszywania) porwała mnie tak bardzo, że obszyłam firanki, przyszyłam im nawet taśmę i ciągle myślę co by tu jeszcze.

Ps. Gwoli wyjaśnienia: ręce syna zajęte były wypychaniem, a później zabawą.