Maszynę wyciągałam do tej pory sporadycznie, głównie po to żeby podszyć spodnie. Nigdy szyć się nie uczyłam, doświadczenia wielkiego nie mam.
Owszem uszyłam w szkole podstawowej poszewkę na ZPT, a całkiem niedawno zwęziłam sobie nogawki spodni.
Po tych, jakże spektakularnych, osiągnięciach nabrałam błędnego przekonania, że szycie to w sumie nic trudnego...
Siedząc z zaospionym synem w domu wpadłam na pomysł, że ręce trzeba zająć (żeby krost nie drapały) i może coś uszyjemy.
Padło na króliki.
I oto, po próbach, czytaniu instrukcji maszyny, przewertowaniu dziesiątek stron, poświęceniu prześcieradła na próby, są:
Króliki jak widać doczekały się nawet profesjonalnej sesji zdjęciowej u mojego ulubionego fotografa.
Szycie z tym natychmiastowym skutkiem (w porównaniu do dziergania czy wyszywania) porwała mnie tak bardzo, że obszyłam firanki, przyszyłam im nawet taśmę i ciągle myślę co by tu jeszcze.
Ps. Gwoli wyjaśnienia: ręce syna zajęte były wypychaniem, a później zabawą.














